W niemym kinie

Centryfuga życia codziennego, do której wszyscy zostaliśmy wrzuceni, wydaje się kręcić coraz szybciej. Napędzana tandemem zapętlających się środków masowego przekazu oraz hipochondrycznych reklam. Potop sieczki serwowanej przez media społecznościowe to już tylko nieustający szum w tle. Homo economicus nie ma nawet czasu złapać oddechu dźwigając na barkach pańszczyznę hipoteki.

Oglądanie krykieta jest dobrym antidotum na ten sztucznie wytwarzany stan nieustającego pośpiechu. Tutaj nie ma zegara w górnym lewym rogu telewizora. Mecz Testowy trwa pięć dni, gdzie każdego dnia rozgrywane są trzy dwugodzinne sesje. To daje nam razem 30 godzin zmagań sportowych.  30 godzin! Fenomenalne. Porównajmy to z rugby: 80 minut, piłka nożna - raptem półtorej godziny, siatkówka - nawet zacięty pięciosetowy mecz można rozegrać poniżej dwóch godzin. Jest to zaledwie jedna sesja krykieta.

Nowicjusz zada pytanie, jak taki sport oglądać. Wydawałoby się, że trzeba wziąć tygodniowy urlop, aby obejrzeć zaledwie jeden mecz. Po części jest to prawda i wielu ludzi tak właśnie robi. Można jednak wyrwać się z kieratu tylko na jeden dzień. Mój limit wytrzymałości to oglądanie krykieta przez trzy dni pod rząd. Najbardziej ucierpiały nerki, no i wątroba. Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że coś się wydarzy właśnie wtedy jak się nie patrzy na pole. Do dziś pamiętam ten irytujący moment, jak zamiast bacznie obserwować akcję, to podawałem komuś piwo i w tej chwili właśnie wymieciono Watsona.

Metodą najbardziej praktyczną jest jednak śledzenie ewolucji meczu w telewizji i/lub w radio z tzw. doskoku. Ogladając mecze w TV najlepiej obejrzeć całą sesję w jednym posiedzeniu. Miniprzerwy między seriamy w zupełności wystarczą na zaatakowanie lodówki. W momentach krytycznych zawsze przydarzy się wiket, albo jakieś odwołanie od decyzji sędziego, więc przy odrobinie szczęścia można nawet zjeść coś ciepłego. Przerwa w połowie sesji podczas której zawodnicy uzupełniają płyny to doskonały moment na kwestie fizjologiczne. Powiem z autopsji, że zazwyczaj najwięcej się dzieje na samym początku sesji. Szczególnie w tej środkowej tj. po lunchu. Batsmeni wracają na bieżnię lekko wypoczęci, ale jeszcze rozkojarzeni przekąską. Miotacze natomiast mieli szansę naradzić się wspólnie i ustalić efektywny kąt uderzenia, co często przekłada się na sekwencję wiketów. Krykiet w radio jest przykładem idylli. Oczywiście w tym wydaniu komentatorzy zazwyczaj mówią więcej o rzeczach pozakrykietowych, ale same odgłosy meczu w tle działają wręcz kojąco na organizm.

Oglądanie krykieta ma w sobie coś z medytacji. Powtarzalność nabiegu miotaczy, następnie systematyczność rotacji batsmenów na bieżni, oraz asymetria zmian w polu po każdej serii. Jest w tym coś iście uspokajającego. Szanowni Państwo, nie ma pośpiechu. Przed nami pięć dni. Będą przerwy na lunch, a nawet i  na herbatę. Mamy plan i prowiant. Spokojnie. Pamietajmy jednak, że krykiet to maraton przeplatany sprintami. Po obu stronach ekranu.

Jerzy 'Jurand' Suchodolski

Jerzy.Suchodolski@gmail.com