To coś w krykiecie

Jest coś takiego w tej grze, co nie pozwala przestać o niej myśleć. Coś, co nie pozwala bez niej wytrzymać. Coś, co każe ciągle do niej wracać. W krajach anglojęzycznych mówi się na to „spirit of cricket”. I my też możemy mówić o duchu tej gry.

Dokładnie rok temu zmarł australijski zawodnik Phillip Hughes. Nigdy nie wybudził się ze śpiączki, po uderzeniu piłką w głowę podczas meczu Sheffield Shield. Rok temu fanom krykieta na całym świecie łzy cisnęły się do oczu, gdy słuchali przemowy Michaela Clarke’a na pogrzebie. Rok temu wszyscy wystawialiśmy swoje krykietowe kije na zewnątrz, by pokazać jedność z rodziną Phillipa, ale i z całą światową rodziną krykieta. Rok temu przyjęliśmy na siebie żałobę i wszyscy snuliśmy refleksje o niebezpieczeństwie i ryzyku.

Dzisiaj jednak nie czuję smutku, a oczy nie robią się wilgotne z żalu. Dzisiaj przepełnia mnie duma, że należę do tej wielkiej krykietowej rodziny. Dzisiaj czuję radość, bo dane jest mi grać w najpiękniejszą z gier i czuć przepełniające do szpiku kości uczucie euforii, gdy wychodzę na środek odbijać drewnianą deską piłkę twardą jak kamień. Przyjmuję w pełni ryzyko, które niesie za sobą gra w krykieta. I dziękuję Phillipowi Hughesowi, bo dzięki niemu zrozumiałem, że dla krykieta warto to ryzyko podjąć.

I chyba nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Dlaczego tak rewelacyjnie się czuję, gdy biorę do ręki kij i uderzam drewnianą piłeczkę? Dlaczego wpadam w szał radości, gdy rozbiję bramkę rywala? Dlaczego jak dziecko skaczę ze szczęścia, gdy wyłapię z powietrza piłkę odbita przez przeciwnika? I dlaczego zawsze wracam na boisko, niezależnie od wyniku?

To ten duch krykieta musiał znaleźć we mnie przytulną miejscówkę.

#63ForeverNotOut

Robert Grzędowski