Czwartek, czwarteczek, czwartunio

Wszyscy wolimy, gdy coś, co nas wciąga, trwa długo. Oglądamy serial i kibicujemy bohaterom, by wszystko zakończyło się dla nich pomyślnie, a mimo to często czujemy niedosyt, widząc napisy końcowe ostatniego odcinka. Lubimy też zjawiska, do których jesteśmy przyzwyczajeni i które znamy. Wkurza nas przecież nowy komputer, bo stary był poręczniejszy. Dlatego rozumiem, że można pasjonować się odwiecznymi meczami testowymi i mieć sceptyczne zdanie wobec najmłodszej formuły krykieta, ale… Ona wcale nie jest taka zła!

Rozgrywki krykieta w odmianie Twenty20 zainaugurowano w 2003 r. Dowodzący angielsko-walijską federacją chcieli uatrakcyjnić, skrócić i ułatwić mecze tak, by zainteresowały młodzież, powoli nudzącą się 4-dniowymi spotkaniami między hrabstwami. Obcięli więc wielodniową lub całodniową (mecze jednodniowe) batalię do 3,5 godziny. I zdaniem łysiejących dżentelmenów w tweedowych garniturach stworzyli potwora. Moim zdaniem – dali światu dostęp do zakazanego dotychczas owocu.

Brzmi to banalnie: „Dziś globalne rozgrywki T20 umożliwiają ekspansję krykieta do krajów niekrykietowych dzięki skróconemu czasowi gry i łatwiejszej organizacji”. No brzmi banalnie, ale to prawda. Dla pasjonatów dyscypliny z różnych zakątków świata (Polska jest w tym wypadku ciągle zakątkiem…) tego typu mecze są jedynymi możliwymi do zorganizowania. Amatorzy nie mają czasu i środków, by spotykać się dzień w dzień przez kilka dni. Nie mają też umiejętności, pozwalających przeciągnąć grę do całych 50 serii na drużynę, jak ma to miejsce w meczach jednodniowych. A z drugiej strony, mogą czuć, że uczestniczą w spotkaniu rozgrywanym według oficjalnej i profesjonalnej formuły. Są krykiecistami!

Nacjom, które próbują dobijać się do światowej czołówki, jak Holandia, Irlandia, Szkocja, Nepal, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Afganistan – mecze Twenty20 dają pole do walki z lepszymi, z której mogą wyjść zwycięsko, bo jest im zwyczajnie łatwiej. I w tym momencie już słyszę głosy, które mówią o przypadkowości najkrótszej odmiany krykieta. Fakt, wiele sytuacji, w których batsmani biją na siłę i w górę (tak, by wybić za sześć) kończy się rachunkiem fifty-fifty. Albo wyleci za boisko o kilka metrów, albo wpadnie wprost w ręce fieldera przy samej bandzie. Ale z drugiej strony: a) czasu jest na tyle mało, że trzeba zaryzykować, b) choć w mniejszym stopniu, niż w testach, tu też sporo zależy od pitchu i c) bowlerzy i fielderzy mogą (powinni) się, cholera, wykazać.

Formuła T20 stwarza więcej sytuacji do efektownych wyłapań, dalekich wybić za sześć, czystych rozbić bramek przy miotaniu czy wreszcie szybkich jak błyskawica run outów. A może inaczej. Natężenie takich sytuacji jest o niebo większe niż w testach i jednodniówkach. I tutaj, w końcu, dochodzimy do docelowego tematu tego tekstu. To australijska Big Bash League, bo tam wszystkie wypisane elementy są najbardziej elektryzujące!

Już jutro (!), w czwartek, 17.12, startuje piąty sezon BBL. W porównaniu do zeszłych lat wzrosły nagrody dla zwycięzców. Klubom udało się też zakontraktować kilka gwiazd już niegrających międzynarodowo. Równolegle gra liga kobiet, a medialne przygotowania są największe w historii. Linki do tego, jak BBL wygląda, na dole. Dodatkowym atutem jest pora rozgrywania spotkań. W Australii to wieczór, w Polsce wczesne przedpołudnie, więc nie ma kolizji z innymi pociągającymi sportami i działaniami. Uspokajam – 14 z 35 meczów zaplanowano na weekendy. Ja już wiem jak spędzę te poranki, a wy?

I jeszcze jedna, kluczowa sprawa. Przepisy BBL zakładają obecność maximum dwóch obcokrajowców w składzie każdego zespołu. Gdy dodamy do tego częstą nieobecność kadrowiczów, grających w tym czasie w meczach międzynarodowych, dochodzimy do sytuacji, w której trzon każdej drużyny stanowią miejscowi, australijscy zawodnicy. To krykieciści, którzy przed erą T20 mogli zdobywać sławę jedynie w mniej popularnych rozgrywkach międzystanowych. Dziś stają się gwiazdami wielkiego sportowego show, bohaterami wielotysięcznych publiczności na stadionach. Taki przykładowy Tim Ludeman nigdy nie grał w reprezentacji Australii, ale dla fanów Adelaide Strikers jest dziś kimś wielkim. Stał się pierwszoplanowym aktorem fantastycznego serialu pt. Big Bash League.

I nawet jeśli serial ten trwa jedynie miesiąc, to zawsze można poczekać na kolejny sezon.


Robert Grzędowski

Filmiki na oficjalnej stronie BBL - link